Resetuj i przejdź na stronę główną...

6.03.2002: Australia



Wylądowałem w Darwin. Szybki rekonesans co do możliwości wydostania się z miasta i następnego dnia rano próbuję złapać autostop. No i ukazała mi się Australia, taka, jaką sobie wyobrażałem - przecudowne, niesamowite pustkowie. Co jakiś czas kangur przeskoczy przez drogę, na poboczu czai się pies dingo, a nade mną krążą ogromne orły. Jakieś dziwne, nieznane, przyjemne uczucie rodziło się we mnie, kiedy tak mknąłem tą pustą, prostą, niekończącą się drogą. Uwielbiam ten widok nieskończoności.

No a jakże fantastyczni okazali się Australijczycy. Niesamowicie wyluzowani ludzie, sprawiają wrażenie bezproblemowych, cieszących się z każdej chwili. Jadąc autostopem, miałem bardzo dobrą okazję poznać ich bliżej. Podczas wielogodzinnych pogawędek dowiedziałem się o prawdziwym życiu na Antypodach znacznie więcej niż z wszystkich książek przeczytanych przed podróżą.

Pierwszego wieczoru rozkładałem już swój hamak na środku pustyni, lecz usłyszałem jeszcze zbliżający się samochód. Macham i tejże nocy jadę jeszcze dalej - jakieś 1200 km. Na Terytorium Północnym nie ma ograniczenia prędkości, a dopuszczalny poziom alkoholu we krwi to 0,8 promila. Autostopem jeździ się fantastycznie, a moja trasa Darwin - Adelaide - Melbourne - Sydney (5000 km, 8 dni ze zwiedzaniem) to odległość, jak z Oslo do Aten i dalej przez Cypr do granicy z Iranem!

Zwykle kierowcy zatrzymywali się w ciekawszych miejscach, czasami nadkładali drogi (nawet do 200 km), aby pokazać mi ten niesamowity kraj. Bywało, że kończyłem dzień w pubie, a potem u nich w domu. Australijska otwartość jest niemożliwa, w każdym barze lub na stacji benzynowej czułem się, jakby mnie tam znano już od dawna. Poczucie humoru mają kapitalne i wszyscy pozdrawiają się z naturalnym uśmiechem - super!



Nie do opisania jest Ayers Rock, czyli największy monolit świata. Ta czerwona skała leżąca w samym sercu kontynentu jest imponująca, szczególnie podczas wschodu i zachodu słońca. Wspinaczka na nią, jak i wędrówka wokół niej lub pośród skał Mt. Olgas to niezapomniana wycieczka. Ciekawe, tajemnicze pustynne miasteczka, takie jak Alice Spring lub Cooder Peddy, oraz Great Ocean Road (malownicza droga wzdłuż klifowego wybrzeża oceanu) mają również swoją niepowtarzalna atmosferę.

Jakże wszystko tu inne - słonce świeci od strony północnej, na niebie króluje nieznany w Europie gwiazdozbiór Krzyż Południa (widoczny również na fladze narodowej), a na pustyni niemożliwe niebo - w tej samej chwili z jednej strony żółto-czerwony zachód słońca, nade mną fioletowo-błękitny kolor, a po przeciwnej stronie świecą już gwiazdy na czarnym tle. Fascynujące!

Cóż mogę dodać. To jest po prostu urzeczywistnienie moich dziecięcych Marzen i wyobrażeń, to się dzieje naprawdę. Kraj jest potężny, cudowny i niepowtarzalny.



No, ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. 6 marca (3 dni spóźnienia do szkoły), w 111 dniu podróży dotarłem do celu - Sydney. Tuż przed północą zrobiłem ostatnie zdjęcie, kończąc tym samym swoją eskapadę pod symbolem miasta - budynkiem Opery. Ale w rzeczywistości to przygody ciąg dalszy, zmienia się tylko jej charakter - teraz nowa szkoła, praca, mieszkanie itp. Wszystko zaczyna się od nowa. Na brak monotonii nie mogę narzekać, ale w końcu życie jest zbyt krótkie i piękne, aby nie robić tego, na co mamy ochotę.

Serdecznie pozdrawiam z krainy Oz.

Michał

Autor relacji podróżował lądem do Australii, gdzie dzięki ACIC (Australia College Information Center) studiuje w szkole turystycznej w Sydney.